Reklama

Od najmłodszych lat przejawiał wyjątkowe zdolności muzyczne. Jako dziecko słuchał grającej na fortepianie matki. Pierwsze próby gry podejmował pod okiem starszej siostry Ludwiki. W wieku sześciu lat trafił pod opiekę Wojciecha Żywnego, imigranta z Czech. Niedługo później tworzył już pierwsze utwory - polonezy, marsze i wariacje.

Bliscy zdumieni byli imponującymi postępami pianistycznymi młodego Frycka i niezwykłą swobodą improwizacji. Okrzyknięto go szybko cudownym dzieckiem. W "Pamiętniku Warszawskim" w 1818 roku pisano o nim: "prawdziwy geniusz muzyczny: nie tylko bowiem z łatwością największą i smakiem nadzwyczajnym wygrywa sztuki najtrudniejsze na fortepianie, ale nadto jest już kompozytorem kilku tańców i wariacji, nad którymi znawcy muzyki dziwić się nie przestają".

Z listów, które wiele lat później pisał do Fryderyka Chopina jego ojciec, wynika, że chłopak mało czasu poświęcał technice gry. "... umysł Twój więcej pracował niż palce. Podczas gdy inni spędzali całe dni nad klawiaturą, Tobie rzadko kiedy cała godzina zeszła na wykonywaniu cudzych utworów" - wspominał Mikołaj Chopin.

Reklama

Już wtedy Fryderyk bywał częstym gościem w salonach warszawskiej arystokracji - u Czartoryskich, Radziwiłłów, Zamoyskich czy w otoczeniu księcia Konstantego. Gdy skończył 12 lat Żywny oznajmił, że nie jest już w stanie rozwijać umiejętności swojego ucznia. Od tej pory Fryderyk zaczął pobierać nieregularne lekcje u wybitnych warszawskich nauczycieli. Uczył się kompozycji u Józefa Elsnera i prawdopodobnie gry na fortepianie i organach u wirtuoza Wilhelma Wacława Würfla.

W 1826 roku został studentem Szkoły Głównej Muzyki działającej przy Uniwersytecie Warszawskim i kierowanej przez Józefa Elsnera. Ukończył ją trzy lata później, a Elsner ocenił wówczas swojego wychowanka, notując: "Szopen Friderik — szczególna zdolność, geniusz muzyczny".

Stres nie był mu obcy

Chopin najlepiej czuł się podczas spotkań w kameralnym gronie, wśród przyjaciół. Tam chętnie zasiadał do fortepianu. Unikał natomiast występów w dużych salach koncertowych. Zagrał w swoim życiu niewiele, bo około trzydziestu takich koncertów. Zdarzało się, że narzekano na zbyt cichy i delikatny dźwięk fortepianu Chopina, ginący w dużym pomieszczeniu lub na tle orkiestry. To drażniło pianistę. Nie bez znaczenia były tu też warunki fizyczne Chopina - mierzył około 170 cm wzrostu, a ważył zaledwie 45 kg!

Poza tym koncerty przed wielką publicznością onieśmielały Fryderyka. W jednym z listów do przyjaciela Tytusa Woyciechowskiego pisał, że stres dopada go już trzy dni przed występem. Zaś węgierskiemu kompozytorowi Franciszkowi Lisztowi wyznał: "nie jestem odpowiednią osobą do grania koncertów. Publika mnie onieśmiela. Duszno mi przez tych wszystkich ludzi oddychających na widowni, paraliżują mnie ich ciekawskie spojrzenia, czuję się oniemiały na widok tego morza obcych twarzy".

W salonach w mniejszym gronie natomiast brylował. Czuł się tu swobodnie, popisywał swoimi zdolnościami aktorskimi, improwizował. Julian Ursyn Niemcewicz w swym pamiętniku zanotował: "Obchód Bożego Ciała zwyczajny [...]. Obiad u generała Kniaziewicza, na którym był Mickiewicz i Chopin, jeden z pierwszych pianistów w Europie, wesoły, dowcipny, umiejący przedrzeźniać każdego, bawił nas wyśmienicie". Juliusz Słowacki natomiast w liście do matki relacjonował: "U Straszewicza był drugi wieczór, ale nudziliśmy się śmiertelnie. [...] Pod koniec jednak Szopen upił się i prześliczne rzeczy improwizował na fortepiano".

W poszukiwaniu ideału

Salonowe improwizacje były częścią procesu twórczego. Spontaniczna gra wyznaczała nierzadko pierwszy szkic przyszłego utworu. Później następował jednak drugi, trudniejszy już etap - szlifowania, wygładzania oraz nadawania formy. Jak bardzo był skomplikowany - potwierdzają rękopisy robocze. Według Eugene’a Delacroix, francuskiego malarza i przyjaciela Chopina, twórczość kompozytora "stanowiła w większym stopniu wynik pracy, niż natchnienia".

Chopinowi towarzyszyło poczucie ciągłej niedoskonałości dzieła. Potrafił pracować nawet nad utworem już ukończonym. Liszt mówił o cierpliwości kompozytora w wygładzaniu i wykańczaniu fraz. George Sand z kolei pisała: "całymi dniami [...] łamał pióra, powtarzał, zmieniał setki razy jeden takt, tyleż razy go zapisywał i wymazywał", by po tygodniach pracy "zapisać w końcu tak, jak to nakreślił w pierwszym rzucie". Ciągła chęć zmiany sprawiała, że potrafił nanosić poprawki nawet na płytach sztycharskich lub kolejnych wydaniach tego samego dzieła.

Do sztambucha

Dzieła dopracowane, dojrzałe i wykończone były przeznaczone do wydania. Ale istniała też grupa kompozycji z nurtu tzw. prywatnego, tam znalazły się m.in. utwory zbyt mało, zdaniem Chopina, ważne lub takie, które nie doczekały się ostatecznej redakcji - zaledwie naszkicowane, nie nadające się do dalszej żmudnej pracy nad materiałem. Chopin, wyrażając swą ostatnią wolę o niewydanych za życia kompozycjach, kazał by wszystkie rękopisy tych utworów spalić. Na szczęście życzenie to nie zostało spełnione.

Tego rodzaju drobniejsze kompozycje powstawały zazwyczaj w typowo towarzyskich okolicznościach. Były to często tańce improwizowane podczas wieczorów w salonach, miniatury wpisywane do sztambuchów, pieśni przeznaczone do śpiewania w kręgu przyjaciół czy utwory do wspólnego muzykowania - na cztery ręce lub dwa fortepiany. Po śmierci kompozytora jego przyjaciel, Julian Fontana, w latach 1855-1859 w porozumieniu z rodziną Chopina, zdecydował o wydaniu owych kompozycji, pozostawionych w rękopisach. Ta cenna inicjatywa zbiegła się w czasie z pojawieniem się w obiegu również utworów o wątpliwej czy niepewnej autentyczności, co zresztą badaczom twórczości Chopina przysparza do dziś niemało problemów.

Chopin był genialnym twórcą, ale przede wszystkim był też po prostu człowiekiem, niewolnym od ograniczeń. "Świat wyobrażony w dziełach Chopina posiada uroki i bogactwa nieprzebrane, a zarazem niezwykle szczególne. Mimo całej swej fantastyczności jest to jednak świat głęboko ludzki, jak głęboko ludzkim jest żarliwe pragnienie ideału" - mówił Witold Lutosławski.

Monika Borkowska